czwartek, 29 sierpnia 2013

Amy Meredith "Cienie"


Duch prześliznął się między dwiema sosnami, bezszelestnie, nie zostawiając  śladów na pokrytej igliwiem ziemi. Nagle zatrzymał się, jakby coś wyczuł - coś  żywego. Bez paniki, nakazała sobie Eve Evergold, kiedy jej serce zaczęło szybciej bić.  Jestem silna, jestem dzielna. Dam radę, pomyślała. Objęła się rękami i  próbowała stać kompletnie bez ruchu. Ale to było niemożliwe. Musiała  oddychać, a więc jej pierś unosiła się i opadała. Duch przekręcił nieco głowę, węsząc, lustrując wzrokiem ciemność. Jego twarz  - gładka, biała, nieludzka - była pozbawiona wyrazu. Przekręcił głowę bardziej i  teraz patrzył prosto na Eve. Jego oczy rozbłysły. Czuła na skórze jego palący  wzrok. Była pewna, że jeśli to potrwa dłużej, te oczy zabiorą ją prosto do piekła. Spojrzała na Jess, swoją najlepszą przyjaciółkę właściwie od zawsze. Jess  wpatrywała się w ducha, a jej twarz wykrzywiało przerażenie. Oczy zjawy  płonęły żywym ogniem. Eve słyszała trzeszczenie, kiedy duch zaczął się do nich  zbliżać. To było... Jess krzyknęła. Natychmiast posypały się na nie garście popcornu. Kilka osób  syknęło „ciii", ale znacznie więcej po prostu się roześmiało. Koniec z horrorami, obiecała sobie Eve. Od tej pory w moim życiu nie będzie  nic strasznego! - Nie do wiary, że krzyknęłam. Na głos! - przeżywała Jess, wychodząc z Eve na  szeroki chodnik przedkinem. - A da się krzyknąć inaczej? - zakpiła Eve, kiedy ruszyły Main Street. - Ja jakoś  mogę uwierzyć. Zawsze sikasz ze strachu na horrorach. - Ale to nie miał być horror - powiedziała Jess. -Słyszałam, że miał być jak  Zmierzch. A nawet się nie całowali. - Należy się nam jakaś mała przyjemność po tych przejściach - odparta Eve. - Buty? - zapytała z nadzieją Jess, patrząc na sandałki na koturnach na wystawie  Jildor Shoes. - Nie wydaje mi się, żebyśmy aż tak ucierpiały. Poza tym prawie przekroczyłam  limit na mojej karcie. - Właściwie to karta nie była jej, tylko rodziców, którzy  by się nie ucieszyli, gdyby przekroczyła wyznaczony przez nich limit. A i tak  byli bardzo hojni, o czym jej często przypominali. - Myślałam raczej o czymś  takim jak... - Lody - dokończyła Jess. - Dwie gałki. - Kiedy szły spacerem do lodziarni,  Eve spojrzała na sznury  białych światełek rozwieszone na gałęziach wiązów rosnących wzdłuż ulicy.  Zapalały się codziennie o zmierzchu, ale na razie było jeszcze za widno. Eve  uwielbiała te maleńkie światełka. I wiązy. I Main Street - całe dwie i pół  przecznicy. Tęskniła za Deepdene, niewielkim, eleganckim miasteczkiem w Hamptons,  gdzie mieszkała przez całe życie, nawet jeśli lato spędzone na Kauai z rodziną i  Jess było absolutnie cudowne. 2
 Weszły przez żółte drzwi do lodziarni Big Ola's na końcu przecznicy. Jak  zwykle w piątkowy wieczór, wszystkie stoliki i boksy były zajęte. W ich małym  miasteczku lodziarnia była jednym z trzech miejsc, w których przesiadywały  nastolatki; dwa pozostałe to Java Nation i pizzeria. Eve spojrzała na Jess. - Okej, kogo znamy? Obie skanowały wzrokiem niewielkie pomieszczenie. - Prawie wszystkich. Tam jest mój brat z innymi głupkami - powiedziała Jess. - Shanna z ekipą pod oknem. - Eve im pomachała. - Wróciłyście! - zawołała Katy Emory, która siedziała obok Shanny. Pokazała  gestem, żeby do niej zadzwoniły. Jess przysunęła się do Eve i zniżyła głos. - Wydaje mi się, nie, jestem pewna, że przy stojaku z pocztówkami siedzi syn  nowego pastora. Luke Thompson. - Kto? - Gadałam z Megan. Pamiętasz? Z tydzień temu. Jak byłaś na masażu gorącymi  kamieniami, a ja nie, bo spaliłam się na słońcu - wyjaśniła Jess. - W każdym  razie Megan mówiła, że Luke ma blond włosy, które opadają mu na oczy, i ten  koleś właśnie tak ma. Co, tak na marginesie, bardzo mi się podoba. Mówiła jeszcze, że zaczyna w tym  roku liceum, tak jak my. Mówiłam ci, że poznała go w wakacje. - A tak. Jasne - przypomniała sobie  Eve.  Najbliższa sąsiadka Jess, Megan  Christie, zawsze pierwsza poznawała nowych ludzi, bo jej rodzice prowadzili  najlepszą, i jedyną, agencję nieruchomości w mieście. Zapewniali pełną  obsługę, łącznie z wyszukaniem firmy przeprowadzkowej i wynajęciem pomocy  domowej. Wszystko po to, żeby nabywcy willi przypadkiem się nie zmęczyli.  Domy w Deepdene, poza tym że wielkie, były różne - od rustykalnych  rezydencji we francuskim stylu w komplecie ze stodołami po supernowoczesne  szklane  budynki  na  piaszczystej  plaży.  Megan  poznawała  więc  nowo  przybyłych, ledwo ich noga stanęła w mieście. To było naprawdę coś w  Deepdene liczącym dwa tysiące czterech mieszkańców, tym bardziej że część z  tych dwu tysięcy czterech osób należała do kategorii bardzo sławni i bardzo  bogaci; reżyserzy filmowi, gwiazdy po-pu,  projektanci mody, prezenterzy  telewizyjni,  dzieciaki  celebrytów  i  inne  postaci  z  okładek  kolorowych  magazynów. Każdy, kto jest kimś i mieszka w Nowym Jorku, ma również dom  w Deepdene albo jakimś innym miasteczku w Hamptons, raju niecałe dwieście  kilometrów od Manhattanu. To znaczy, jeśli ma dość pieniędzy. Eve posłała nowemu ukradkowe spojrzenie. Jego włosy wydawały się takie  jedwabiste. Miała ochotę zanurzyć w nich palce. - Pewnie Megan kręciła z nim w wakacje - powiedziała Jess. Zaczęła nucić pod  nosem Son of a Preacher Man,  piosenkę z płyty, którą jej matka  włączała  prawie za każdym razem, kiedy gdzieś ją podwoziła